U nas dwudniowe agrowczasy last minute. Nie dało się nie wykorzystać kilku dni ciepła :)
Minął rok :) Marynia z małego ptaszka z przymkniętymi oczkami szukającego dziobkiem jedzenia wyrosła na małą panienkę. Czas się pożegnać z niemowlęctwem. Aż łezka się w oku kręci. Przez ten czas tyle się działo! Tyle zmieniało.
Teraz zasuwa na dwóch nogach, czasami ładnie, a czasami kiwając się jak kaczuszka. Od dłuższego czasu perfekcyjnie schodzi z kanapy i wysoko zadziera nogę do wejścia spowrotem, ale nadal jest za wysoko, tylko u dziadków się jej udało wejść samodzielnie. Bierze grzebień i kizia się po włosach, bierze szczoteczkę do zębów i wkłada ją do buzi, bierze buta i klepie się nim w stopę. Niby najprostsze ruchy i czynności, a jednak wymagające pewnego zaawansowania myślowego. Klaszcze do muzyki, cmoka, jak widzi jedzenie, a ostatnio podpatrzyła mnie i pogłaskała się po brzuchu po dobrym obiedzie u babci. Macha na do widzenia gościom, gdy ubierają buty i paniom zagadującym w windzie lub na ulicy. Ludziom przypadkowo mijanym w parku czasem też.
Kocha zwierzęta, a przede wszystkim psy. Ale może tak mi się wydaje, bo widzi je najczęściej. W każdym razie na widok psa naśladuje szczekanie i nieźle jej to wychodzi. Za to krowa robi "uuuu", a owca "awe!" ;) Chciałaby mówić, ale krtań jeszcze nie ta ;)
Wyjazdy Mania znosi dobrze. Do wiosny jej ich oszczędzaliśmy, bo lekarze mówią, że układ nerwowy rozwija się przez pierwsze pół roku i wtedy dziecko powinno mieć stabilizację i spokój (3C noworodka: ciepło, ciemno, cicho). Co tu dużo mówić, przez pierwszy miesiąc czy dwa niemowlę nie potrafi nawet rozpoznać, czy pochylająca się nad nim twarz należy do jego mamy czy nie.
Gruzja to kraj, do którego pojechaliśmy kilka dobrych lat temu. Bodajże w 2009, czyli niewiele po wojnie. Jeszcze gdy nie była popularnym miejscem urlopowym, kiedy to jeździli do niej wariaci z plecakami, a Marcin Meller właśnie wydawał swój "Gaumardżos". Bałam się wtedy wojny na pograniczu i dziwnego robaczkowego alfabetu. Kraj okazał się piękny, jego mieszkańcy przyjacielscy i pomocni, monastyry pełne mistycyzmu, czacza (lokalny bimber pędzony na resztkach winogronowych) mocna, domowe wino tanie, a pomidory czerwone i soczyste. Teraz większym problemem niż znalezienie marszrutki do Upliscyche w pierdolniku na dworcu w Gori było dostosowanie charakteru wyjazdu do Mani. Zrezygnowaliśmy ze słynnego hostelu u Iriny, zredukowaliśmy liczbę godzin w drodze, a marszrutki zastąpiła wynajęta terenówka z fotelikiem.
Gruzja nadal jest piękna, a jej mieszkańcy przyjacielscy. Dodatkowo okazało się, że niesamowicie kochają dzieci. Potrzebowałam chwili, by przyzwyczaić się do tego, że obcy ludzie podchodzą, zaczepiają, łapią dziecko za ręce, za pucki, głaszczą i uśmiechają się. Mania za to odnalazła się w tym otoczeniu wyśmienicie. Mój mąż swój styl robienia zakupów zrelacjonował mi mniej więcej tak: "Wchodzę do sklepu, parkuję wózek koło wejścia, bo dalej ciasno, biorę dziecko na ręce, pani sprzedawczyni wychyla się przez ladę i zabiera mi dziecko z rąk, po czym ja spokojnie robię zakupy." Pewnie zjawisko nasilało też to, że Mania jest blondynką z porcelanową cerą i przypomina aniołka, podczas gdy lokalne dzieci mają śniade cery, czarne włosy i brązowe oczy.
