...Moja Mania
Blog dzieciocentryczny - o Maryni, o macierzyństwie, rodzicielstwie bliskości i podążaniu za dzieckiem; o wyprawce, żywieniu i zabawkach rozsądnym okiem; do tego trochę refleksji, trochę DIY wokół dzieci i odpowiedzi na nurtujące mnie pytania - może ktoś, kto tu trafi, nie będzie musiał przeszukiwać drugi raz Internetu czy wypytywać innych mam o to, o co ja pytałam... Zapraszam, zajrzyj do naszego świata i rozgość się chociaż na chwilę :)

piątek, 22 lipca 2016

Państwo policyjne, dom policyjny?

Kiedyś koleżanka powiedziała mi, że ten, kto w dzieciństwie czytał dużo fantasy, ma bardzo mocno zakorzenione poczucie sprawiedliwości. Niby to dobrze, ale nie do końca. Ja za każdym razem muszę stoczyć walkę wewnętrzną z samą sobą, żeby grzecznie przypomnieć komuś, że po psie się sprząta, zamiast skoczyć mu (temu komuś, nie psu) do gardła. Podobnie z sąsiadem rzucającym szklane butelki do zsypu zamiast do kosza na śmieci segregowalne czy w czasach mieszkania w domu rodzinnym z takim, który palił plastikowe butelki, smrodząc na pół osiedla.

Osoby o silnym poczuciu sprawiedliwości chcą poprawiać świat. Czasem wychodzi z tego coś dobrego. Mogą np. doprowadzić do tego, że spółdzielnia ogrodzi plac zabaw i psy przestaną wypróżniać się w piaskownicy. Generalnie są niezłymi społecznikami. Dobrze, gdy tylko dbają o egzekucję prawa, a nie tworzą własne. I dobrze, gdy ich metody też są legalne. Bo są też tacy, którzy niczym bohaterowie westernów sami chcą wymierzać sprawiedliwość. Nie straszne im porysowanie źle zaparkowanego samochodu, bo przecież to właściciel jest tym złym. Nie mówiąc już, że często brak im empatii, żeby zaakceptować jakieś drobne odstępstwa od zasad np. że ten kierowca źle zaparkowanego samochodu może właśnie pobiegł po rodzącą żonę (i totalnie nie miał głowy, żeby włączyć światła awaryjne). Nie widzą szarości - jest tylko czarne i białe. Takie osoby są niebezpieczne, gdy otrzymają władzę. Chętnie np. przeprowadziliby śledztwo w sprawie każdego poronienia. Tak na wszelki wypadek, bo żałoba matki nie ma znaczenia.

sobota, 16 lipca 2016

Różności - lipiec

02/07 Mania sama wyszła na ostatni stopień czterostopniowej drabinki.

02/07 Mania została wieczorem z dziadkami. Nagle zmęczyła się zabawą, poszła do naszej sypialni, ściągnęła kapnie i ustawiła je obok łóżka, wspięła się na łóżko, cichutko zawołała "mleko, (s)pać" i.... zasnęła. (WOW)

06/07
Mężny rano: Smutno wyglądasz.
Ja: Nie, po prostu jeszcze się nie obudziłam.
Mania (przez sen): Nie budziaj. Nie budziaj! :)
12/07 Chcieliśmy iść na spacer obejrzeć miasteczko, w którym mieszka nasza ciocia. Niestety zaczął padać deszcz.
Ja: Możemy ubrać Mani nowe gumiaki, ale jej kurtka nie wytrzyma długiego deszczu...
Mania: Pajasiol!!! (No jasne, matko, weź się...)

poniedziałek, 4 lipca 2016

Czytanie to wyzwanie 31-40/52

31/52 Agata Królak "Różnimisie" - fajna, prosta, nawet dla roczniaków
32/52 Maria Montessori, "Mother and a Child" (dla rodzica)
33/52 Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu" (dla dorosłych) - wszyscy wszędzie czytali, a jak przyjaciółka u nas porzuciła swój egzemplarz, postanowiłam przeczytać; pierwsze 100 stron leci dosyć ospale, potem naprawdę się rozkręca
34/52 Ingakku Riukimiuki "Alinka. Złotą gwiazdą kosmos mruga"
35/52 Ingakku Riukimiuki "Alinka. Rybom pięknie błyszczą łuski"
36/52 Eva Susso "Babo chce" - kocham, Mania chyba też, bo kazała czytać trzy razy razy
37/52 Hug
38/52 Itsy Bitsy Spider
39/52 Pekaboo zoo
40/52
Lee Goldberg, "Detektyw Monk na kanapie" (dla dorosłych) - prosta, lekka i przyjemna, ale moim zdaniem ciut słabo napisana

piątek, 1 lipca 2016

O tym jak Lux Med znowu dał ciała....

Pierwszy raz temu podobną sytuację miałam rok temu na koniec czerwca. Silna gorączka, dziecko w oglądzie nic nie wykazywało, poza tym, że było rozpalone i leciało przez ręce. O tym, co robić, miało zdecydować badanie moczu (jak nic nie wiadomo, to chyba zawsze jest podejrzenie pęcherza moczowego i nerek). "Jakiś mętny", skomentowała pani, gdy oddawałam. Ale nic więcej nie dodała. Okazało się za mało - dowiedziałam po kilku dobrych godzinach, kolejne skierowanie w systemie, kolejne próby łapania. Udało się.

Badanie na cito, więc wynik miał być po 4-6 godzinach. 4 godziny nic, 6 godzin nic, dzwonię - nic nie wiedzą, 8 godzin nic, nadal na infolinii nic nie wiedzą. Pytam pani, czy może być tak, że oni mają wynik, a ja go nie widzę w systemie. Niemożliwe. 40 stopni gorączki prawie niezbijalne, 22 w nocy. Mamy dość czekania. Jedziemy do ich dyżurnego centrum medycznego przy Racławickiej. Pytam w recepcji, czy mają mój wynik, bo nadal nie widzę go w systemie. Tak, jest. Co???? Jak to? Pan drukuje. Spoglądam - wszystko w normie. Prawie odwracam się na pięcie i wychodzę, ale mężny czujnie zauważa, że wszystko się zgadza, tylko, że pan mi wydrukował wynik sprzed pół roku. Pan przeprasza i drukuje kolejny. Wynik mocno poza normami, idziemy do lekarza dyżurującego. Werdykt: szpital, problem z nerkami. Ale tak już już czy mogę pojechać do domu i nas spakować? Na cito, nie wiadomo, kiedy nerki mogą siąść. Jedziemy w środku nocy na izbę. Zaspany personel sprawdza wyniki, przyjmuje, cewnikuje, podaje pierwszy antybiotyk, ibuprofen, potem kroplówkę na schłodzenie, bo ten pierwszy nie działa. Chyba obie nawet spałyśmy - padłyśmy ze zmęczenia i stresu. Na drugi dzień po godzinie 13 telefon - lekarz z LuxMedu dzwoni z wynikiem. Tym wynikiem. Panie, ja już w szpitalu jestem z dzieckiem! Nawet nie usłyszałam "przepraszam".