Kilkanaście już lat temu Nasza Księgarnia postanowiła wznowić wydanie serii, ale w zmienionej formie. Po 10 opowiadań zostało zebranych w jeden tom w twardej oprawie z dokładnym odwzorowaniem treści i tak charakterystycznymi rybkami i koniczynkami na okładce. Olbrzymie brawa dla wydawnictwa za zachowanie rysunków świetnych polskich rysowników i odwzorowanie graficzne starych wydań łącznie z okładkami zewnętrznymi i wewnętrznymi, przez co pewnie niejednemu rodzicowi oczy zaszkliły się ze wzruszenia, jak brał tom do ręki i przypominał sobie stare opowiadania. Ja w każdym razie sporo z nich pamiętałam łącznie z obrazkami, co mnie zaskoczyło. Takich "oryginalnych" tomów do tej pory wydano już osiem, a do tego jeszcze kilka innych ("Baśnie braci Grimm", "Mitologia" czy "Dzieci z Bullerbyn") w spójnej oprawie.
Kilkanaście już lat temu Nasza Księgarnia postanowiła wznowić wydanie serii, ale w zmienionej formie. Po 10 opowiadań zostało zebranych w jeden tom w twardej oprawie z dokładnym odwzorowaniem treści i tak charakterystycznymi rybkami i koniczynkami na okładce. Olbrzymie brawa dla wydawnictwa za zachowanie rysunków świetnych polskich rysowników i odwzorowanie graficzne starych wydań łącznie z okładkami zewnętrznymi i wewnętrznymi, przez co pewnie niejednemu rodzicowi oczy zaszkliły się ze wzruszenia, jak brał tom do ręki i przypominał sobie stare opowiadania. Ja w każdym razie sporo z nich pamiętałam łącznie z obrazkami, co mnie zaskoczyło. Takich "oryginalnych" tomów do tej pory wydano już osiem, a do tego jeszcze kilka innych ("Baśnie braci Grimm", "Mitologia" czy "Dzieci z Bullerbyn") w spójnej oprawie.
Ja: "Kupiłam ci skarpetki"
Nigdy bym nie przypuszczała, że tak spędzę którekolwiek Święta. I nie, nie wyjechaliśmy wszyscy na Kanary.
Wyeksmitowałam za to całą swoją rodzinę do teściów. Leżę teraz w wannie w pustym mieszkaniu i nawet nie jest mi smutno. Odpoczywam. Tę małą chwilkę.
W poniedziałek odebraliśmy moją mamę ze szpitala po ciężkiej operacji. Jej koleżanka, która miała się nią opiekować za stary dług, stwierdziła, że jednak przyjedzie po Świętach. Wzięłam więc zwolnienie lekarskie na opiekę, po które zresztą musiałam się ustawić o 6:30 w kolejkę do recepcji POZ, bo "bogowie ortopedzi" nie zniżają się do tak błahych rzeczy, jak wypisanie zwolnienia czy skierowania.
Zamieniłam więc mamy kawalerkę w mały szpital, załatwiłam skierowanie na zdjęcie szwów i pobranie krwi. Do tego nałożyło się składanie papierów do przedszkoli, o których w tym wszystkim totalnie zapomniałam, zakupy przedświąteczne, wizyty w aptece, zawożenie Mani do przedszkola i kursowanie między dwoma mieszkaniami (żeby dziecko rano ogarnąć, a wieczorem położyć spać) i próby nauki, o porządkach już nie wspominając, bo nie zostało na nie za dużo czasu.
O tym, że w Wielki Czwartek przedszkole jest zamknięte przypomniałam sobie przy zamkniętej furtce. Przez paskudną pogodę spędziłyśmy więc dwa dni we trzy (jedna leżąca, jedna biegająca i jedna gotująca i ogarniająca to wszystko) na 30 metrach kwadratowych. Mania się nudziła, więc szalała, chwilę wytchnienia przynosiła mi godzina jej drzemki.
Namówiłam więc męża na wyjazd na Święta do teściów, chociaż po pierwszej myśli ostro odrzuciłam ten pomysł. Pomyślałam, że Mani i mężnemu będzie dużo weselej z moimi teściami i szwagierką niż samym w domu lub tu ze mną w szpitalnej kawalerce, że mężny więcej odpocznie, bo dziadkowie się nimi zaopiekują, że zamiejscowa babcia wreszcie będzie mogła pomalować jajka razem z Manią.
Ugotowałam dzisiaj barszcz i zrobiłam sałatkę, żeby jutro było gotowe, wytrzymałam 2,5 godziny Mszy (zawsze zapominam, że ta sobotnia jest tak przeraźliwie długa, ale chociaż poczułam klimat Świąt), a teraz na szybko szybko ładuję baterie. Jutro Wielkanoc. Życzę Wam zdrowia, odpoczynku i błogosławieństwa Bożego! A sobie już chyba tylko siły do nauki i wytrwałości do czerwca.
W dawnych czasach znałam wszystkich sąsiadów z klatki i sporo z bloku. Byłam niejadkiem, więc obiady jadałam u sąsiadów piętro wyżej. Mieszkali tam kilka lat starsi bliźniacy. Mieli oni ciocię w Stanach czy Niemczech, która poza ciekawymi słodyczami wysyłała różne rzeczy, których w Polsce nie było. Np. talerzyk z helikopterem na dnie. Więc szurałam łyżką po dnie, żeby dobrze obejrzeć ten helikopter :D W ogóle w grupie jest lepszy apetyt, więc mama np. gotowała jajko i szłyśmy je zjeść gościnnie. Czasami, jak ktoś nie domknął drzwi mieszkania, to zasuwałam do nich do góry na czworakach. W dół nie umiałam, ale mama doskonale wiedziała, gdzie mnie znaleźć.
Mężny: Nie mogłabyś, bo masz post od słodyczy, a ona jest baaardzo słodka!


