My matki mamy supermoce, zawijamy czasoprzestrzeń jak dywan, myjemy zęby jedną ręką, lulamy dziecko drugą, a jakby się dało, to umyłybyśmy jeszcze sedes trzecią. Wielozadaniowość jest naszym sposobem na przetrwanie. Chronicznie brakuje nam czasu, więc nasze potrzeby są na szarym końcu za dzieckiem, mężem i domem. I do tego szarego końca często nie dochodzi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksja. Pokaż wszystkie posty
Dawniej jadło się słodycze...
Dawniej standardem było, że babcia przyjeżdżała z czekoladą...
Dawniej często w niedzielę po obiedzie (rosole i kurczaku ;)) była szarlotka lub lody po kościele...
Przecież jedliśmy te słodycze i żyjemy!
Też tak myślisz? To wytłumacz mi, jak to jest, że kiedyś pierwszy przegląd dentystyczny mieliśmy zwykle, gdy rosły nam pierwsze zęby stałe, a próchnica w przedszkolu czy pierwszej klasie była ewenementem?
Miała budzić się jak z koszmaru. Rzucać się, krzyczeć. Tak ostrzegała pani anestezjolog. A ona budziła się jak anioł: po cichutku otworzyła oczy i patrzyła troszkę zdziwiona, co się koło niej dzieje i gdzie jest. Spokojna, delikatna. Po chwili popłakała się, gdy zorientowała się, że ma opatrunek na oku. Potem na szczęście zasnęła.
Każdy ma w głowie idealną wizję wielu rzeczy czy sytuacji: idealnego partnera, idealnej rodziny, idealnej pracy czy idealnej randki. Z jednej strony te ideały pozwalają nam marzyć, rozwijać się, dążyć do lepszego jutra. Z drugiej strony pierońsko komplikują nam życie. Bo przecież nie ma czegoś takiego jak idealny człowiek, nie? Nigdy partner nie będzie idealny. Nigdy rodzina nie będzie idealna. Inne rzeczy też nie. Im bardziej się na tym ideale uwiesimy, tym bardziej nieszczęśliwe życie będziemy mieć, bo wszystko będzie od niego odbiegać.
W sobotę na moje imieniny wpadła do mnie częściowo dzieciowa ekipa. W którymś momencie jedna z dziewczynek zapytała: "Czyj to miecz?". "Mani". "Mani??". "No Mani. A co? Dziewczyny nie powinny mieć mieczy?". Chwilę zajęło jej przemyślenie odpowiedzi.
Mania i miecz
Miecz ten kupiłam na wakacjach. Wcale nie chciałam. Ale słyszałam "Mamo, meć" i "mamo, meć". Ja nie lubię nadmiaru zabawek. Nie lubię tych dużych, nieporęcznych czy niefukcjonalnych. Do miecza trzeba raczej dwóch osób. A i schować nie ma jak, bo ani to w pudełko ani na półkę. Cisnęły mi się na usta słowa "Nie, bo to zabawka dla chłopców", bo pewnie szybko zamknęłyby temat. Ale wiedziałam, że zrobię to wbrew sobie i ostatecznie ugryzłam się w język. Mogłam tłumaczyć, że za duży, że za dużo zabawek, że nie lubię zabaw w wojnę, ale nie że dziewczynce nie wypada. A może jednak nie wypada? Co uważasz?
Ostatecznie obiecałam poszukać małego miecza. Znaleźliśmy go w miesiąc później. Znowu kilkakrotnie usłyszałam "Mamo meć", co tylko potwierdziło, że Mania pamięta i że jej zależy. Kupiłam. Czasem wydaje mi się, że kupiłam ten miecz na złość życiu, chociaż to trochę górnolotnie brzmi.
Dlaczego dziewczynom tak dużo rzeczy nie wypada? Dlaczego nam kobietom nie wypada? Dlaczego człowiek nie może robić, czego pragnie, jeżeli tylko nie krzywdzi tym drugiego człowieka?
"Brzydki" obraz polskich dziewczyn
Czy wiesz, że młode Polki są najbardziej zakompleksionymi nastolatkami w Europie (wg raportu Health Behaviour in School-aged Children stworzonego przez ONZ)? 61% badanych 15-latek uważa, że jest zbyt gruba (a realnie grupa otyłych dziewczyn w tym wieku jest duużo mniejsza), połowa 12-latek, a nawet już 9-latki patrzą krytycznie w lustro! Badania instytutu badawczego NASK pokazują, że większość nastolatek żyje w rzeczywistości wirtualnej, skrupulatnie kreując swój obraz, a prawie połowa jest ciągle on-line. Dziewczyny te mają niską samoocenę, szukają w lajkach potwierdzenia swojej wartości, nierzadko zrobią totalnie głupie rzeczy, żeby tylko zaimponować grupie rówieśniczej.
Mnie ta wiedza przeraża. Bo wiem, że prędzej czy później, mniej lub bardziej ten temat dotknie moją córkę.
Mnie ta wiedza przeraża. Bo wiem, że prędzej czy później, mniej lub bardziej ten temat dotknie moją córkę.
Wypaczany feminizm
Ostatnio "feministka" używane jest coraz częściej w negatywnym znaczeniu. W opinii niektórych feministki to baby goniące facetów do mycia okien, babochłopy w dresach, kobiety obrażające się, że przepuszcza się je w drzwiach czy dżenderry ubierające synów w spódnice, bo przecież płeć nie istnieje. Tak szczerze, to poza kobietami próbującymi (nie mówię nawet, że równo, ale jakkolwiek) podzielić obowiązki domowe, w całym swoim życiu nie spotkałam żadnych z powyższych.
I ja też jestem feministką, mimo że tej nazwy raczej nie używam, bo wierzę, że:
- kobieta jest tak samo mądra jak mężczyzna,
- kobieta ma potencjał stać się naukowcem, prezesem spółki czy prezydentem,
- kobieta ma prawo głosować i wyrażać swoje zdanie,
- kobieta ma prawo poderwać faceta,
- kobieta powinna być oceniana tak samo jak facet, gdy pójdą na pierwszej randce do łóżka (a zwykle on playboy, ona kurwa),
- mężczyzna tak samo odpowiada za swoje dziecko i swój dom.
- kobieta jest tak samo mądra jak mężczyzna,
- kobieta ma potencjał stać się naukowcem, prezesem spółki czy prezydentem,
- kobieta ma prawo głosować i wyrażać swoje zdanie,
- kobieta ma prawo poderwać faceta,
- kobieta powinna być oceniana tak samo jak facet, gdy pójdą na pierwszej randce do łóżka (a zwykle on playboy, ona kurwa),
- mężczyzna tak samo odpowiada za swoje dziecko i swój dom.
Równocześnie wierzę, że:
- kobiety i mężczyźni różnią się, nieznacznie różni się ich sposób postrzegania świata, a czasem ich potrzeby,
- równouprawnienie nie zwalnia nas z grzeczności,
- klasyczny model rodziny jest ok., tak długo, jak obie strony są szczęśliwe,
- istnieje "chłopięce" i istnieje "dziewczyńskie",
- nigdy nie zagłosuję na kobietę tylko dlatego, że jest kobietą.
- kobiety i mężczyźni różnią się, nieznacznie różni się ich sposób postrzegania świata, a czasem ich potrzeby,
- równouprawnienie nie zwalnia nas z grzeczności,
- klasyczny model rodziny jest ok., tak długo, jak obie strony są szczęśliwe,
- istnieje "chłopięce" i istnieje "dziewczyńskie",
- nigdy nie zagłosuję na kobietę tylko dlatego, że jest kobietą.
Sprzeciw społeczeństwa
Nadal bardzo razi chłopiec z wózkiem. Chociaż to przecież nie zboczenie a wczuwanie się w rolę OJCA (ojcostwo jest ok, tak?). Nadal martwi chłopiec pchający się do kuchni. A przecież mężczyźni są najlepszymi kucharzami (to naukowo potwierdzone, że mają lepiej rozwinięte kubki smakowe). Starsi boją się, że chłopak będzie zniewieściały, a może nawet stanie się gejem (chociaż nauka potwierdza, że trzeba się nim urodzić).
Nadal martwi dziewczyna chodząca po drzewach i zdzierająca kolana. Niby to normalne, ale zawsze jest strach, że zostanie babochłopem, wiecie, taką dziewczyną z politechniki z kawałów. Ja skakałam po drzewach i miałam fazę nienawidzenia sukienek. Teraz lubię.
Smuci mnie to, bo projektujemy na dzieci irracjonalne strachy, nie pozwalając im na rozwój, eksplorację, poznawanie siebie, testowanie swoich granic.
Niech dziewczyny będą silne
Chciałabym, żeby dziewczyny miały moc, takie amerykańskie girl power. Żeby znały swoją wartość. Żeby nie szukały jej potwierdzenia w oczach rówieśników. Żeby nie robiły głupot, by wkręcić się w towarzystwo. Żeby wiedziały, że mają życie w swoich rękach. Że mogą zostać inżynierem, naukowcem, wykładowcą. Że szczęście jest wewnątrz każdego z nas i nie zależy od męża czy księcia z bajki. Żeby umiały tupnąć i powiedzieć czasem "Nie", czasem "Chcę", a przede wszystkim "Potrafię". Że mogą być świetnymi kobietami w szpilkach i w dresie. Że świat stoi przed nimi otworem!
PS. Taką bluzkę ostatnio kupiłam Mani. Chyba domyślacie się, że na dziale chłopięcym?
W kolejnym poście napiszę Wam trochę o dziewczyńskiej literaturze :)
Zdjęcie główne: tvn24.pl za Disney
PS. Taką bluzkę ostatnio kupiłam Mani. Chyba domyślacie się, że na dziale chłopięcym?
W kolejnym poście napiszę Wam trochę o dziewczyńskiej literaturze :)
Zdjęcie główne: tvn24.pl za Disney
Byliśmy dzisiaj na Łysej Górze. Szukaliśmy tych tańczących czarownic, a jak po raz kolejny udowadniałam Mani, że nie istnieją. Kilka dni temu był taki czas, że cały Facebook i Instagram został przejęty przez szkielety, upiory i dynie. Halloween na całego. U nas w domu tego święta nie było. Dlaczego?
Drogi Tato,
Na pewno jesteś dobrym ojcem. To że to czytasz stawia Cię w ogóle w mniejszości ojców, bo mężczyźni raczej nie czytają blogów rodzicielskich. Na pewno bardzo kochasz swoje dzieci i starasz się, jak możesz.
Ale co byś zrobił, gdyby matki Twoich dzieci nagle zabrakło? Piszę to, bo właśnie lecę bez rodziny, rozpędzam się w trzeszczącym bombardierze (fakt, one zawsze trzeszczą) i przez chwilę ogarnął mnie strach. A jak nie dolecę? Wiem, że wszystkim Wam, ojcom, byłoby psychicznie bardzo ciężko bez kobiety Waszego życia. Ale czy Ty logistycznie dałbyś radę?
Czy wiesz, do jakiej przychodni chodzi Twoje dziecko? Kiedy ma najbliższe szczepienie? Gdzie jest jego książeczka zdrowia? Jak nazywa się jego ulubiona pani ze żłobka lub przedszkola? Jaka jest jego ulubiona bajka? Ulubiony kolor? Najlepszy kolega? Jak się je myje i przewija, jeżeli jest jeszcze niemowlęciem? Co lubi jeść na kolację? Czy dałbyś radę je samodzielnie uśpić?
Często tak naturalnie się składa, że to kobieta ogarnia prawie wszystko przy dziecku, bo w końcu to ona ma urlop rodzicielski. Ale dla Ciebie też jest miejsce i to nie tylko na zabawę, ale też na pomoc przy dziecku. Zobacz w ogóle jak to brzmi: "Czy ojciec pomaga przy dziecku?". Pomagać to można przy dziecku sąsiadce, starszej pani wnieść zakupy albo sąsiadowi naprawić samochód! Pomaga się w czymś, czego nie ma się obowiązku robić, ale robi się z grzeczności bądź przyjaźni. A opieka nad dzieckiem nie jest dla Ciebie grzecznością a obowiązkiem.
Piszę to, bo znam ojca, który nigdy nie zmienił pieluchy swojemu synowi i takiego, który nie wysadzi swojej córki na sedes. I nie raz słyszałam historie o ojcach (w tym moim), którzy poszli na wywiadówkę do szkoły i pod szkołą zorientowali się, że nie wiedzą, w której dziecko jest klasie.
Pamiętaj, że nie jesteś rodzicem zapasowym tylko pełnoprawnym! Od wychowywania, a nie tylko od zabawy. Wiem, że wracasz z pracy zmęczony, ale musisz mi uwierzyć, że całodzienna opieka nad dzieckiem męczy jeszcze bardziej. Ja, gdy wróciłam do pracy zawodowej, to wreszcie odpoczęłam, mimo że w zespole mieliśmy trzy wakaty i nie wiadomo było w co ręce wsadzić. Pamiętam też, że na początku po całym dniu z małym niemowlęciem, byłam tak skonana, że wieczorem warowałam pod drzwiami z Manią na rękach, czekając na powrót męża, żeby mnie chociaż na chwilę zmienił.
I to nie chodzi tylko o kwestię "co by było gdyby". Jesteś rodzicem. Ważną osobą dla swojego dziecka. Poświęcaj mu czas. Ucz się jego świata. Pokazuj mu swoj świat. Rób kolejny krok, ucz się, mimo że to, co robisz na początku nie będzie idealne. A może nigdy, ale przecież nie musi być. Jak nie ogarniasz, ucz się od żony/partnerki, zapytaj. Znajdź rzeczy, w których możesz być mistrzem. U mnie Mężny jest bohaterem domu w myciu głowy i w udawaniu lwa.
Może wydaje Ci się to głupie, ale wychowuję swoje dziecko tak, żeby jak najlepiej poradziło sobie w życiu - i teraz nagle i w przyszłości. Żeby jak najszybciej umiało samo się umyć, zjeść, ubrać czy wysikać, żeby umiało rozwiązywać spory, żeby sprawnie wchodziło w interakcję z rówieśnikami czy miało poczucie własnej wartości. Bo nie jestem pewna, czy zawsze przy nim będę.
Teraz przerywam urlop i wracam nagle do pracy do Polski, a Mężny zostaje jeszcze prawie 2 dni na urlopie z Manią. I ja wiem, że on sobie poradzi. A Ty? Poradziłbyś sobie w obcym miejscu z dzieckiem?
Dobrze, że jesteś rodzicem.
Bądź nim jeszcze bardziej! Bądź obecny!
Pozdrawiam,
Kasia,
mama Mani
Przyszła jesień. Niektóre dzieciaki biegają już w czapkach, inne nie. Dla matek to taki irytujący czas otwarcia sezonu pt. "A gdzie jest czapeczka?". A te zakładające mogą dla odmiany usłyszeć: "Jak już teraz zakładasz czapkę, to co będziesz robić, jak będzie -10 stopni?". Bo pamiętaj: co nie zrobisz, to będzie źle.
Trzy główne metody dobierania ciepłoty ubrań
Młode mamy często zastanawiają się, jak ubrać dziecko. Główne opinie w temacie, to:
Ubierz o jedną warstwę więcej.
To
teoria pokolenia naszych rodziców. Raczej się od niej odchodzi, chociaż
ja często widziałam przy 30 stopniach matkę w sandałach i koszulce na
ramiączkach, a dziecko w adidasach i bluzie albo większe niemowlę przykryte w pajacu i czapce. Ma jeszcze rację bytu przy noworodkach i zimą przy
wózkowych dzieciach (o tym dalej).
Ubierz tak, jak siebie.
Zasadniczo
słuszna teoria, tylko musimy wziąć poprawkę na indywidualne parametry,
np. ja jestem zmarźluchem, a Mężny nie, więc każde z nas, ubierając pod
siebie, ubrałoby nasze dziecko inaczej :D Uwzględniajmy więc specyficzne
potrzeby swojego dziecka i weźmy poprawkę na to, że samemu możemy być
typem zmarźlucha bądź letniaka.
Sprawdzaj kark.
Metoda
wychodząca bezpośrednio z perpektywy dziecka. Zwykle się sprawdza, ale nie
wierzmy jej ślepo. Sama mam niskie ciśnienie i nie rzadko, gdy jest
chłodniej, zdarza mi się, że mam lodowate ręce, jest mi zimno, a kark...
mam wygrzany. Teraz też: siedzę, jem lunch, trzęsę się z zimna, palce
ledwo wędrują po klawiaturze, a kark ciepły.
Powyższe
pokazuje, że nie ma jednoznaczej odpowiedzi, jak ubierać dziecko.
Musisz dojść do tego metodą prób i błędów, szczególnie przy niemowlęciu. Bo starsze dziecko będzie samo komunikować, czy jest mu dobrze, czy jest
źle.
6 ważnych kwestii, które dobrze uwzględnić przy ubieraniu
1)
Płód grzeje się w brzuchu w ok. 37-38 stopniach Celsjusza, czyli ma
niezłe tropiki. Po urodzeniu pierworodkowi jest zawsze zimno (chyba że
jest bardzo upalne lato), czego odczuwanie nasila jeszcze niedojrzały
układ krążenia (objawiający się m.in. sinym marmurkiem na kończynach).
Warto więc (poza upalnym latem) zacząć od cieplejszego ubierania dziecka
(przecież w szpitalu leżą jeszcze w czapkach), a potem z czasem
przestawiać go na "normalne" temperatury. Każdemu dziecku zajmie to inny
czas, zależnie od indywidualnych uwarunkowań. Moja córa przestawiała
się chyba z pół roku.
2) Latem nie przesadzajmy z ubieraniem. Dziecku w gondoli nie musimy ubierać czapki od słońca - tę funkcję spełnia buda, a dziecku jest chłodniej. Nie bójmy się też przy upałach ściągnąć skarpetki czy ubrać dziecko w samo body (tylko pamiętajmy o kremie przeciwsłonecznym lub parasolce). Jak chcemy większemu dziecku założyć coś na głowę od słońca, niech to będzie cieniutka chusteczka czy czapka z daszkiem (wtedy chroni też oczy) - czapka uszanka wiązana pod brodą w duże upały to lekka przesada.
3) Dla odmiany dzieci wózkowe warto trochę cieplej ubrać niż siebie na zimowe spacery, gdyż my się ruszamy, rozgrzewamy ruchem i dodatkowo wysiłkiem pchania wózka, a one leżą/siedzą bez ruchu i naprawdę potrafią zmarznąć (jak kiedyś umówiłaś/łeś się zimą na dworze i musiałaś/łeś czekać na spóźnialskiego, to znasz to uczucie). Oczywiście alternatywą kombinezonu jest śpiwór do wózka.
4) "Zimny chów" (pogodowy, a nie emocjonalny) jest wskazany dla zdrowia i hartowania organizmu. Co więcej, lekkie przechłodzenie jest lepsze niż przegrzanie. Czy uwierzysz, że w wielu przedszkolach w Skandynawii dzieci drzemią wiosną i jesienią na tarasie?
5) Lodowate (nie zimne, a właśnie lodowate) dłonie i stopy też mogą świadczyć o tym, że dziecku jest zimno mimo ciepłego karku.
6) Ostatni, ale wcale nie najmniej ważny:
Jak to jest, że po gorącym lecie 18 stopni Celsjusza odczuwamy jako zimno, a po mroźnej zimie te same 18 stopni wydaje się nam być prawie latem? W tym pierwszym przypadku zakładamy kurtki, w tym drugim potrafimy wyjść z domu w krótkim rękawku. I jak to jest, że dużo bardziej marzniemy, gdy temperatura spada z 15 stopni na 5 niż z -5 na -7? Odpowiada za to nasze względne a nie bezwzględne odczuwanie temperatury.
6) Ostatni, ale wcale nie najmniej ważny:
Dużo bardziej odczuwa się nagłe zmiany duże temperatur niż samą niską temperaturę
Jak tak naprawdę odczuwamy termperaturę?
Jak to jest, że po gorącym lecie 18 stopni Celsjusza odczuwamy jako zimno, a po mroźnej zimie te same 18 stopni wydaje się nam być prawie latem? W tym pierwszym przypadku zakładamy kurtki, w tym drugim potrafimy wyjść z domu w krótkim rękawku. I jak to jest, że dużo bardziej marzniemy, gdy temperatura spada z 15 stopni na 5 niż z -5 na -7? Odpowiada za to nasze względne a nie bezwzględne odczuwanie temperatury.
Organizm jest w stanie przyzwyczaić się do każdej temperatury, ale w określonym czasie. Więc nie dziwi mnie, że część mam wyciągnęła czapki, gdy w którymś momencie temperatura spadła z 30 stopni na 15 w dwa dni. To był spory szok nawet dla mojego organizmu. I to wcale nie znaczy, że przy -5 takie dziecko zamarznie, bo dopóki nie będzie to znowu skok z 10 na -5, to jego organizm spokojnie się do tej temperatury przyzwyczai. I wcale nie będzie trzeba zakładać mu drugiej czapki :) Także nie ma się co czepiać mam cieplej ubierających (a w ogóle to nie wiem, po co czepiać się czegokolwiek, dopóki życie i zdrowie dziecka nie jest zagrożone). A jak się ktoś czepia Was, to macie już argument.
Zdjęcie: licencja CC0/Alexas_Fotos
Zdjęcie: licencja CC0/Alexas_Fotos
Właścicielu psa,
psa Ediego, który zaatakował moją córkę. Cieszę się bardzo, że Twój pies nie gryzie. Nawet bardzo. Ale wyobraź sobie, że wielki pies biegnący do trzylatki i otwierający paszczę może ją nieziemsko wystraszyć. Wyobraź sobie, że wyrywając jej z ręki ciastko, mógł ją ugryźć. I nawet, że to ciastko mogło być dla dziecka ważne.
Dzieci i psy nie zawsze mają ze sobą po drodze. Są psy, które nie lubią dzieci, są też dzieci, które boją się psów. I zasadniczo jedni drugim mogą zrobić krzywdę (sprawić ból, wystraszyć lub po prostu naruszyć strefę komfortu). To naszym obowiązkiem, rodziców i właścicieli, jest sprawić, by obie strony były bezpieczne.
Byłam niedawno na urlopie na Sardynii. Kilka dni wcześniej usłyszałam od bliskiej osoby pytanie, czy mam strój jednoczęściowy, bo przecież chyba tak się nie pokażę na plaży. No przecież! Moje cztery kilogramy lekkiej nadwagi są tak wstrętne, że najlepiej, żebym chodziła w worku pokutnym z otworami wyciętymi na oczy!
Wyobraź sobie taką sytuację:
➡ Przychodzisz do pracy, a przy twoim biurku ktoś siedzi. "To jest Jola. Ona jest nowa. Musisz być gościnna i podzielić się z nią swoim biurkiem", mówi szef.
Albo:
➡ Siedzisz na ławce przy placu zabaw, dosiada się ktoś, wydziera Ci z rąk telefon z komentarzem, że tylko sobie smsa wyśle.
Fajnie? Spokojniejsi stwierdzą, że co najmniej dziwnie. A bardziej nerwowych krew zaleje.
Dlaczego więc dzieciom każemy oddać swoje zabawki i to jeszcze z uśmiechem? Skoro my jesteśmy tak przywiązani do rzeczy, dlaczego one miałyby nie być? Rozumiem, że próbujemy dzieci uczyć się dzielić, ale czy sami aż tak bardzo się dzielimy swoimi rzeczami? Komu pożyczysz swój samochód czy telefon? Co tak naprawdę jesteś w stanie pożyczyć obcemu? Papierosa, zapałki, mapę, nóż w schronisku... coś więcej?
Dzieci zwykle traktują wiele codziennych czynności jak dobrą zabawę. A ponieważ mężnego nie ma, a ja mam niezłą listę zadań do zrobienia, zaangażowałam Manię w swoją pracę, a dokładnie w przesadzanie kwiatków.
Właściwie to większość pracy wykonała ona, bo jak zabrała łopatkę, to już nie chciała oddać. "Mama sadzi rękami, a ja łopatką, bo nie mam rękawiczek". Dobrze, że znalazłam jeszcze jeden worek ziemi i doniczkę w piwnicy, bo rozmach był :D "Jeszcze, jeszcze, fajne to!".
Sytuacja 1. W szkole rodzenia położna doradza, by szpitalu zapłacić 50 zł za lepszą szczepionkę ma WZW. Jak to lepszą? To są gorsze? I dlaczego system zdrowotny oszczędza na niemowlętach???
Sytuacja 2. Czytam i czytam. Co się da. Po polsku i po angielsku. Aż głowa pęka. Niestety w Polsce dostępne są tylko oficjalne strony typu szczepienia.pl albo po drugiej stronie barykady stopnop.pl. Stopnop nie czytam (chyba, że jakiś odsyłający link, to zerkam), ale za to czytam Marię Majewską. I rozporządzenia Ministra Zdrowia oraz komunikaty Głównego Inspektora Sanitarnego. Są jeszcze fora rodzicielskie, ale pojedyncze przypadki są niczym w statystyce ("Nie szczepię i moje dziecko nie choruje, a koleżanka szczepi i jej ciągle choruje"), a bardziej profesjonalnie mówiąc statystycznie nieistotne. I fora para-medyczne lekarzy i rodziców dyskutujących o ułożeniu optymalnego kalendarza szczepień - te już lepsze. Im więcej czytam, tym bardziej czuję się głupia. Aż głowa pęka. Dymi wręcz.
W dawnych czasach znałam wszystkich sąsiadów z klatki i sporo z bloku. Byłam niejadkiem, więc obiady jadałam u sąsiadów piętro wyżej. Mieszkali tam kilka lat starsi bliźniacy. Mieli oni ciocię w Stanach czy Niemczech, która poza ciekawymi słodyczami wysyłała różne rzeczy, których w Polsce nie było. Np. talerzyk z helikopterem na dnie. Więc szurałam łyżką po dnie, żeby dobrze obejrzeć ten helikopter :D W ogóle w grupie jest lepszy apetyt, więc mama np. gotowała jajko i szłyśmy je zjeść gościnnie. Czasami, jak ktoś nie domknął drzwi mieszkania, to zasuwałam do nich do góry na czworakach. W dół nie umiałam, ale mama doskonale wiedziała, gdzie mnie znaleźć.
Przez długi czas była cisza, a tu nagle okazało się, że kilka bliskich mi kobiet jest w ciąży. Każda z nich jest inna (i ciąża i przyjaciółka), ale łączy je to radosne, troszkę niespokojne wyczekiwanie maluszka.
Ja też czekam na te dzieci, jakby to byli moi siostrzeńcy. Jakoś tak jest, że jak ktoś już ma to swoje wyczekane i kochane, to kocha wszystkie maluszki i czeka na nie z niecierpliwością.
Kiedyś głupio mi było, gdy moja ukochana siostra cioteczna tak bardzo wyczekiwała mojego dziecka. Głupio, bo ja kilka lat wcześniej cieszyłam się z jej ciąży, ale to było całkiem inne spektrum uczuć. Teraz już wiem, co nas różniło: kontekst - ona była matką i patrzyła na moją ciążę z perspektywy własnego macierzyństwa.



















